Uwe Petersen zaprezentował wybrane figurki zwierząt ze swej kolekcji „Bursztynowe ZOO” w czasie tegorocznych targów Amber Trip w Wilnie. Na pierwszy rzut oka robiły wrażenie niepozornych, jednak przy bliższym kontakcie zaskakiwały precyzją i misternością wykonania. Nam opowiada o fascynacji bursztynem od najmłodszych lat oraz pracach nad „Bursztynowym ZOO”.

Twoje „Bursztynowe ZOO” uchodzi za największą kolekcję figur zwierząt wykonanych w bursztynie. Skąd pomysł na jego stworzenie?

Uwe Petersen: Obróbką bursztynu zajmuję się już 30 lat, szlifuję go i rzeźbię w nim. Od 25 lat skupuję od poławiaczy muszli i krabów bryły bursztynu i mam już dość pokaźny zbiór dużych brył. Zastanawiałem się kiedyś, co mógłbym z nich zrobić i początkowo trochę dla zabawy zacząłem w nich rzeźbić. Pierwsze figury to były zwierzęta i wpadłem na pomysł, żeby stworzyć swego rodzaju ZOO. Zawsze chciałem zostać dyrektorem ZOO (śmiech). I tak sobie rzeźbiłem, aż kiedyś w czasie mojego urlopu w Indonezji spotkałem ludzi, którzy fantastycznie rzeźbili w kości. Byłem zachwycony ich szybkością i sprawnością, i trochę zazdrośnie pomyślałem, że takiego tempa nigdy nie osiągnę. I wtedy przypomniało mi się, że mam w kieszeni kawałek bursztynu – podałem go jednemu z rzeźbiarzy i zapytałem, czy z tego umiałby też coś stworzyć. Usłyszałem „No problem” i błyskawicznie powstał bursztynowy słoń. Zapragnąłem z nimi pracować i po roku znowu przyleciałem do Indonezji, ale tym razem już z kilkoma kilogramami bursztynu i moimi własnymi narzędziami. Potem jeszcze wracałem do nich co jakiś czas i wzajemnie wiele się od siebie nauczyliśmy.

Czy figury powstają tylko w czasie Twojego pobytu w Indonezji?

Nie, dużo pracuję też w mojej pracowni na wyspie Wyk auf Föhr. Jednak nie powstaje ich zbyt wiele, ponieważ jest to bardzo czasochłonne zajęcie: wykonanie jednej niezbyt dużej figury zajmuje mi ok. 50 godzin. Ostateczna cena takiej figurki jest dość wysoka, aczkolwiek znajdują się na nie czasem nabywcy.

Robisz je więc tylko dla własnej przyjemności?
Przede wszystkim dla przyjemności, jednak znaczną ich część sprzedaję. Kolekcjonerzy poszukują u mnie mniej popularnych gatunków, np. karaluchów czy mrówek, a nie tylko najczęściej spotykanych kotów, psów, sów etc. Z tego co wiem, moje ZOO jest największą tego typu bursztynową kolekcją na świecie. Obecnie liczy ono około 400 figur zwierząt 200 różnych gatunków. Zbiór ten jest stale rozbudowywany i stale stawiam sobie coraz trudniejsze wyzwania – jeśli chcę mieć całe ZOO, to nie mogę się ograniczyć jedynie do tych najpopularniejszych gatunków. Chociaż z drugiej strony mam świadomość, że wiele z nich nigdy nie znajdzie nabywcy. Pewnych rzeźb nigdy bym też nie sprzedał, ponieważ niektóre z nich udały mi się wyjątkowo dobrze i jestem do nich zbyt mocno przywiązany. Ale najważniejsze jest oczywiście to, że ta praca sprawia mi wiele przyjemności.

Rozumiem, że sprzedaż bursztynowych figurek zwierząt nie jest Twoim jedynym zajęciem...?
Przede wszystkim zajmuję się wyrobem i sprzedażą biżuterii. Jako jej wytwórca szlifuję i obrabiam bursztyn, natomiast mój przyjaciel oprawia przygotowane przeze mnie bursztyny w srebro. Ponadto w dwóch sklepach na wyspie Wyk auf Föhr sprzedaję także gotowe wyroby, które kupuję na licznych targach bursztynu i kamieni na całym świecie, m.in. w Wilnie i w Gdańsku. Latem na wyspie jest wielu turystów i to oni są głównymi nabywcami biżuterii z bursztynem. Zimą biznes zamiera, dlatego mogę jeździć do Indonezji i oddawać się pasji rzeźbienia.

Jak zaczęła się Twoja fascynacja bursztynem?
Moja przygoda z bursztynem zaczęła się dokładnie 30 lat temu: kiedy miałem 9 lat znalazłem na plaży Morza Północnego kawałek bursztynu. Wtedy jeszcze nie bardzo wiedziałem, co z nim zrobić i nie miałem świadomości, że przytrafiło mi się coś wyjątkowego. Tego samego wieczora zaprzyjaźnieni turyści zaoferowali mi za niego 20 marek, czyli równowartość moich czterech miesięcznych kieszonkowych. Oczywiście sprzedałem, poszedłem na plażę i znowu znalazłem małą bryłkę. A potem dowiedziałem się, że ojciec mojego kolegi, który jest poławiaczem krabów, ma dużo takich bryłek i je sprzedaje. I tak zacząłem kupować bursztyn od poławiaczy krabów. Niedługo potem spróbowałem sił w szlifowaniu, w wieku 13-14 lat robiłem już pierwsze figurki i oczywiście sprzedawałem bryłki.

Sam też poławiasz bursztyn z morza?

Szukam go tylko na plaży, ale mój urobek to średnio 1 gram bursztynu na kilometr, więc trudno to traktować w innych niż tylko hobby kategoriach. Podobnie zresztą jak i „Bursztynowe ZOO”...

Prowadzisz także pokazy szlifowania bursztynu na wyspie – jak duże jest zainteresowanie nimi?
Pokazy adresowane są przede wszystkim do uczniów i są połączone z krótkim wykładem o bursztynie. Grupa liczy zazwyczaj ok. 20 do nawet 60 uczniów w wieku 9-12 lat. Każdy z uczestników otrzymuje kawałek bursztynu z dziurką w środku oraz podstawowe narzędzia do jego obróbki i próbują swoich sił. Dzieciom sprawia to ogromną frajdę, rocznie pokazy te gromadzą w sumie ok. 3000 uczniów. Powadzę także wykłady na temat bursztynu dla starszych osób, m.in. dla turystów oraz w klinikach na wyspie. Te są już bardziej skomplikowane i dłuższe, a uczestnicy ręcznie szlifują bursztyn pod moim okiem.

Intryguje mnie Twoje nazwisko: nazywasz się Uwe Bernstein Petersen...
Na wyspie nazwisko Petersen jest nadzwyczaj powszechne, co oznacza także, że jest wielu Uwe Petersenów. Tak więc dla ułatwienia starym zwyczajem nadaje się przydomek w zależności od zawodu i z rzadka używa się wtedy nazwiska. Uwe Bursztyn brzmi OK, ale gorzej ma mój kolega, który prowadzi budkę z frytkami...