plzh-CNenetdelvltnorues
Adam Pstrągowski, właściciel firmy S&A Bursztynowa Biżuteria, która jest wiodącym producentem biżuterii złotej zdobionej bursztynem, opowiada o sytuacji na rynku bursztynu oraz jego najbliższej przyszłości.

Jak Pan ocenia miniony rok pod względem biznesowym?

Adam Pstrągowski:
Ubiegły rok można podsumować jako dobry. Na pewno nie był gorszy od 2006 roku, choć tempo wzrostu sprzedaży utrzymujące się od 1998 roku na poziomie kilkunastu procent rocznie znacznie zwolniło. To wyhamowanie wynika ze spadku kursu euro i dolara amerykańskiego, co uczyniło eksport mniej opłacalnym. Skutki ograniczenia eksportu można było obserwować na rynku polskim, na który zostały skierowane nadwyżki produkcyjne z lat 2000-2004. W efekcie biżuterię bursztynową można było kupić wszędzie, nawet w supermarkecie, a to negatywnie wpływa na jej i tak niezbyt dobry wizerunek w oczach klientów ostatecznych.
Natomiast ciekawie zapowiada się rok 2008. Przede wszystkim dlatego, że okaże się, czy w zaistniałej sytuacji partnerzy, hurtownicy i dystrybutorzy będą chcieli zwiększyć procentowy udział biżuterii bursztynowej w swojej ofercie, czy też zmniejszyć na korzyść innego asortymentu. Zagadnienie to jest bardzo zasadnicze, ponieważ często kierowani chęcią szybkiego zysku, kupują znacznie tańszą biżuterię na rynkach azjatyckich. Będzie to więc także rok weryfikacji pewnych mechanizmów działania i polityki wielu firm. W efekcie niektóre z nich będą musiały zrezygnować z działalności, inne sytuacja zmusi do szukania dla siebie innego miejsca na rynku, bo nie będą w stanie sprostać konkurencji.

Trudno jednak spoglądać optymistycznie w przyszłość, kiedy polska waluta umacnia się względem dolara i euro oraz stale rosną ceny surowców.

Myślę, że Polacy jak zwykle dadzą sobie radę. Rynki amerykański i azjatycki wprawdzie mocno się skurczyły, jednak ja bym nie popadał w zbytni pesymizm. Jeśli ma się poważnych odbiorców, to powinni oni zrozumieć, że podwyżki cen wyrobów są koniecznością. Na świecie jest pewna grupa miłośników biżuterii bursztynowej, która będzie ją zawsze kupowała, bez względu na to, czy ta będzie kosztowała 15 czy 20 USD za sztukę. Jednak niewątpliwie skurczy się grono odbiorców, które kupowało ją, ponieważ była relatywnie tania. Amerykanie domagają się utrzymania dotychczasowych cen, ale jest to po prostu niemożliwe, bo nieopłacalne dla producentów. Poza tym również ten rynek został nasycony, ponieważ w okresie nadprodukcji w Polsce hurtownicy kupowali dużo, bo chcieli mieć bogatą ofertę. Nie myślano wtedy o tym, że skoro w Polsce co 10-12 kobieta kupuje biżuterię bursztynową, to w skali światowej jest to jedna na kilkadziesiąt. Moim zdaniem, rynek amerykański musi się trochę „ostudzić”, musi znowu powstać zapotrzebowanie na bursztynowe wyroby.
Zresztą to nie silna złotówka jest prawdziwym zagrożeniem dla branży, tylko firmy chińskie. Kopalnia bursztynu w Kaliningradzie sprzedaje dość dużo surowca do Chin, a tamtejsze firmy są już coraz sprawniejsze w produkcji. Rynki azjatyckie zostały już wręcz zalane biżuterią z bursztynem – te rynki już się nasyciły, więc teraz Chińczycy będę ekspandować na inne. Targi w Tucson pokazały, że w USA jest bardzo dużo wyrobów z bursztynu wyprodukowanych w Chinach. Za około 2-3 lata będą podejmowane próby wejścia z tym asortymentem także na rynki europejskie.

Czy są to wyroby z bursztynu bałtyckiego, czy też jego podróbki?

Firmy, które znam, nie oferują ani kopalu, ani plastiku, tylko bursztyn. Falsyfikaty, które pojawiają się na rynku, pochodzą przede wszystkim z Polski, Litwy i Turcji. Szczególnie w Polsce produkuje się bardzo dużo biżuterii z kopalem kolumbijskim – wystarczy spojrzeć na dane Urzędu Statystycznego, skąd i ile żywicy się sprowadza. Oczywiście, jeśli producent o tym informuje, że jest to kopal, to nie ma w tym nic złego. Problem jest wtedy, gdy pośrednik czy sprzedawca w sklepie ten sam wyrób oferuje już jako bursztyn. Efekt jest taki, że klienci ostateczni są nader często oszukiwani i za kilka lat może to zaskutkować całkowitym odwróceniem się od bursztynu. Nie bez winy są też sami producenci: próg wejścia do branży jest bardzo niski, a wysoki wyjścia, więc jak ktoś już do tej branży wszedł, to próbuje się za wszelką cenę utrzymać i zarobić, często z negatywnymi skutkami dla innych firm. To silna pokusa dla osób nastawionych na szybki i łatwy zysk, nie dbających przy tym o wizerunek bursztynu, branży, jak również skutki swoich działań w dłuższej perspektywie.

Mówi się, że to Polacy sami ukręcili na siebie ten bicz, bo to oni nauczyli Chińczyków obróbki bursztynu...

Zawsze wśród „najczystszego ziarna znajdzie się jakaś plewa” – tego się nie uniknie. Ale też nie powinniśmy zbytnio nad tym ubolewać – mamy wyjątkową historię, musimy jeszcze pracować nad tym, aby na naszych produktach pojawiła się marka „made in Poland” i aby świat zauważył, że Polacy mają wysokiej jakości produkcję i dobre wzornictwo. Mamy potencjał, budujmy markę i wykorzystajmy to, nie zwracając uwagi na Chińczyków.

Co konkretnie należałoby więc zrobić?

Moim zdaniem, najważniejszym wyzwaniem jest zbudowanie jednej silnej marki polskiego bursztynu, która stałaby się swego rodzaju koniem pociągowym dla całej branży. I nie mam tu na myśli jedynie skrzyknięcia kilku producentów, którzy razem podejmą działania promocyjne biżuterii bursztynowej – to musi być projekt na znacznie większą skalę. W tej roli mogłaby się sprawdzić nawet zagraniczna firma z dużym kapitałem i nośną, rozpoznawalną nazwą. Bursztyn potrzebuje marki, żeby można było go było lepiej sprzedawać. Szczególnie w obecnej sytuacji, kiedy import wyrobów bursztynowych z Polski staje się coraz mniej opłacalny – koszta pracy znacznie wzrosły, podobnie jak ceny surowców, bursztyn jest bardzo drogi, a krajowy trudno dostępny. Więc biżuteria nim zdobiona przestała być na tyle atrakcyjna cenowo, aby dalej chętnie nabywali ją masowi klienci. Zresztą na świecie nie kupuje się wyrobów biżuteryjnych, tylko albo tanie, sezonowe ozdoby fashion rodem z Azji, albo bardzo drogą, markową biżuterię. Problem z bursztynem jest taki, że nie ma on rozpoznawalnej marki i jest do tego mniej trwały niż na przykład perły czy inne kamienie naturalne, więc trudno uczynić z niego towar luksusowy. Dlatego właśnie potrzebna nam silna marka, która będzie funkcjonowała zarówno na rynkach europejskich, jak również będzie dostępna tam, gdzie docierają lepiej sytuowani turyści europejscy. Jest jeszcze wiele rynków, które można zdobyć dla bursztynu, np. Brazylia, Argentyna czy też niektóre rynki afrykańskie – wszędzie tam jest jeszcze miejsce dla naszej produkcji.

Dotychczasowe doświadczenia pokazały, że trudno jest przekonać branżę do wspólnych działań, a indywidualnie nikt tego zadania przecież nie udźwignie.

Branża bursztynnicza potrzebuje silnej jednostki – charyzmatycznej osobowości, która cieszyłaby się szacunkiem i umiałaby zachęcić inne firmy do wspólnego działania na rzecz rozwoju i promocji bursztynu. Problem w tym, że naszą branżę tworzą zbyt niezależne jednostki, które do wszystkiego dochodziły dzięki własnej pracy i sprytowi, i trudno im będzie zaakceptować silnych przywódców.

I to jest chyba jedna z najważniejszych przyczyn braku możliwości scalenia branży i niezdolności do współdziałania.

Tym trudniej chyba uwierzyć, że z kilkoma firmami mamy współpracę polegającą na wymianie technologii, wzorów czy nawet klientów. Jest to możliwe, jednak tylko z firmami, które istnieją od wielu lat i mają dobrą pozycję na rynku.

Co radziłby Pan więc kolegom z branży?

Na pewno nie ma sensu biernie siedzieć i czekać na klientów, tylko należy podejmować strategiczne, przemyślane decyzje handlowe i marketingowe z myślą o przyszłości.