Tytuł Twojej wystawy, którą można było oglądać w Muzeum Bursztynu wiosną tego roku, brzmiał „Prawo znikania”. Co tak naprawdę ma prawo zniknąć?
Chyba wszystko… Bardzo rzadko sobie uświadamiamy, że w mgnieniu oka wszystko może zniknąć. Tak po prostu. My też…
Skąd taka perspektywa?
Kilka lat temu w radiowej rozmowie z panią od ekologii usłyszałam zdanie: „ocean zaczyna się w umywalce”. Zrobiło mi się głupio, bo uświadomiłam sobie, że przy tworzeniu biżuterii używam bardzo dużo akrylu. Przerażona tym, jak bardzo dużo tego akrylu już wpakowałam do oceanów, zaczęłam się zastanawiać nad możliwościami zastosowania naturalnych zamienników, które nie robiłyby krzywdy środowisku. Potem moje myśli już same koncentrowały się wokół tej tematyki. Zaczęłam dostrzegać, jak wiele materiałów szkodliwych dla środowiska i dla nas samych używamy na co dzień, i zaczęłam szukać materiałów przyjaznych, które zdjęłyby ze mnie ciężar odpowiedzialności za te oceany. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że to wcale nie jest takie łatwe.
Ale jednak możliwe: szukając naturalnych barwników, trafiłaś na bioplastik.
Proces poszukiwań naprawdę mnie pochłonął. Szczególnie że ma wiele wspólnego z gotowaniem, które bardzo lubię – zwłaszcza jeśli w efekcie powstają dania, jakich jeszcze nie jadłam. Tu, jak się okazało, zasada jest podobna – formuła dla bioplastiku jest niczym przepis na danie. Tak zaczęłam eksperymentować z różnymi przepisami. Trwało to prawie 2 lata. I gdzieś pod koniec tego procesu eksperymentowania dostałam propozycję wystawy indywidualnej w Muzeum Bursztynu w Gdańsku. I już wiedziałam, o czym ta wystawa będzie – o efektach tych moich eksperymentów. Do wykonania prac na wystawę użyłam materiałów biodegradowalnych, ale też pochodzących z recyklingu.

W większości Twoich prac prezentowanych na wystawie w składzie jest tapioka. Skąd taki wybór?
Z licznych eksperymentów przeprowadzonych przeze mnie m.in. z tapioką, agarem czy żelatyną, to właśnie tapioka okazała się najlepszym naturalnym zamiennikiem dla żywicy. Nawet z wyglądu trudno ją odróżnić od plastiku – jest przezroczysta i łatwa „w obróbce”. Na liście naturalnych „materiałów jubilerskich” są jeszcze fusy po kawie, skórka pomarańczowa, papier z recyklingu. Jest też tkanimasa, która pojawiła się w mojej pracowni trochę przypadkowo – wskutek wprowadzenia obowiązku segregowania tkanin. Niestety nie ustawiono pojemników do segregacji, co zachęciło mnie to do rozmyślań nad ich odpowiedzialnym wykorzystaniem. Zaczęłam je łączyć z bioplastikiem. W efekcie eksperymentów powstał supermateriał – kolorystycznie nieograniczony. Pod względem faktury również dający wiele możliwości – w zależności od stopnia zmielenia pozwala budować przeróżne trójwymiarowe struktury.
Na ile te nowe materiały pozwalają Ci zapanować nad formą? Czy może to one narzucają formę?
Te nowe materiały już nie są takie przewidywalne jak żywica, nad którą miałam całkowite panowanie. Tu wystarczy zmienić proporcję wody i już wszystko się zmienia. Ale to też było ekscytujące doświadczenie, dlatego z przyjemnością pokazałam na wystawie wiele z tych „przypadkowych” form. Po pierwsze, są zapisem eksperymentu, po drugie, nie chciałam z nich rezygnować tylko dlatego, że nie są takie, jak sobie wyobrażałam, że będą. One pokazują też proces dochodzenia do tych form, które „wyszły”.

Jak to właściwie jest tworzyć prace, które mogą zaniknąć? Większość artystów tworzy w nadziei, że ich prace przetrwają, będą nośnikiem pamięci o nich, a Ty tymczasem świadomie ograniczasz ich żywotność.
Nie do końca ta ich żywotność jest ograniczona – te prace same z siebie nie „znikną”. Użyłam w nich bioplastików i biokompozytów, które powoli pojawiają się w innowacyjnych studiach projektowych jako materiały do produkcji, np. mebli. Niektóre z tych prac mają już kilka lat i nic im nie jest. Ważne jest jednak to, od czego zaczęłyśmy rozmowę: że one znikną, rozpadną się bez obciążania środowiska. I bez obciążania mojego sumienia (śmiech).
Co więcej, moje myśli generalnie płyną już w kierunku zero waste i coraz częściej zastanawiam się, jak mogę zminimalizować ilość rzeczy, które po mnie zostaną… Ja naprawdę mam poczucie winy, że my jako ludzkość pragniemy posiadać wiele przedmiotów, często na krótki czas – choćby po to, żeby poprawić sobie humor. Uświadomiłam sobie też, że jestem związana emocjonalnie z przedmiotami, które tworzę, ale dla innych będą one najprawdopodobniej niepotrzebnym śmieciem. Nie chciałabym obciążać moimi emocjonalnymi skarbami ani świata, ani kogoś, dla kogo są one kompletnie bezwartościowe.
Bursztyn pojawia się w wielu Twoich pracach. Jak zmieniło się Twoje myślenie o nim, kiedy zaczęłaś eksperymentować z bioplastikiem i innymi materiałami?
Jedyne, co narasta w moim stosunku do bursztynu, to poczucie, że za jego pomocą można wyrazić naprawdę wszystko. Cały kontekst kulturowy, jego historia, właściwości powodują, że bursztyn to znak, który bardzo łatwo się czyta i jest przez to wdzięcznym nośnikiem, nawet bardzo skomplikowanych czy abstrakcyjnych treści. Zderzenie z innym materiałem tylko podkreśla jego zalety jako medium.

Myślisz, że uda Ci się skłonić odbiorców Twojej sztuki do refleksji?
Absolutnie nie mam nawet takich złudzeń (śmiech). W jednej z gablot na wystawie pokazałam prace nawiązujące do starożytnego Egiptu, a dokładniej do trafiającego do mnie coraz częściej przekonania, że starożytni jednak w wielu kwestiach byli mądrzejsi od nas. Nam się często wydaje, że jesteśmy najmądrzejsi, bo tacy cywilizowani. A tak naprawdę bardzo często zataczamy koło i wracamy do rozwiązań stworzonych i praktykowanych z powodzeniem przez „prymitywne ludy”. Bawi mnie – i przeraża – kiedy cywilizowana ludzkość na przykład instaluje kurtyny wodne jako remedium na upały, a wystarczyłoby posadzić kilka nowych drzew lub nie wycinać starych. I tu dotykamy kolejnego wymiaru wystawy: także to, co dobre, jak np. cywilizacja egipska, której tak wiele zawdzięczamy, też musiała zniknąć.
Czy efekty Twoich eksperymentów z biodegradowalnymi materiałami przekładasz na biżuterię komercyjną?
Tak, zaczęłam już robić broszki z materiałami biodegradowalnymi. Tworząc je, zwracam jednak uwagę, by były one wykonane z trwałych materiałów. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy ktoś się odważy kupić biżuterię z tapioki, ale gdyby się odważył, to niedługo będą gotowe.

Broszki to Twoja ulubiona forma biżuteryjna?
Lubię broszki. Najbardziej lubię w nich to, że aspekt użytkowy jest z tyłu (śmiech). A z przodu jest czysta forma, niezaburzona łańcuszkiem czy innym sznurkiem, jak w przypadku naszyjników. Więc nie ma tych elementów, które mogłyby mi popsuć albo przekaz, albo samą kompozycję. Broszki są dla mnie niczym małe rzeźbki czy obrazki. A przy tym jednak użytkowe. To dość istotne w przypadku biżuterii, którą sprzedaję. Natomiast w przypadku form niekomercyjnych, czyli nieprzeznaczonych do sprzedaży, w ogóle nie interesuje mnie aspekt użytkowości.
Kiedy Cię słucham, wyobrażam sobie Twoją pracownię – jako miejsce, gdzie jest bardzo dużo różnych półek i szuflad z materiałami, po które sięgasz w zależności od tego, jaki masz aktualnie pomysł na biżuterię.
Zdziwiłabyś się, gdybyś zobaczyła moją pracownię (śmiech). Jest wtłoczona dodatkowo w funkcję jadalni, kuchni, biura i studia fotograficzno-projektowego. Nie gromadzę materiałów, bo przestrzeń mnie mocno ogranicza. Poza tym szybko się pozbywam wszystkiego, co już nie jest mi potrzebne. Punktem wyjściowym w procesie powstawania biżuterii jest to, co chcę poprzez tę biżuterię powiedzieć, a dopiero później zastanawiam się, za pomocą jakich materiałów to powiem. Tylko jeden raz dopuściłam do odstępstwa od tej reguły – właśnie na wystawie w Muzeum Bursztynu. Wyszłam od materiału tylko dlatego, że byłam zaangażowana w eksperymenty materiałowe. Zawsze jednak zaczynam myślenie o biżuterii od tego, co to ma być, a nie od tego, co będzie ładnie się komponować.

Ile masz wolności w tworzeniu biżuterii na zamówienie? Dostajesz konkretne wytyczne czy masz wolną rękę?
Tak naprawdę to przyjmuję zamówienia tylko na broszki. Konkretne wytyczne zdarzają się rzadko i wtedy decyduję czy mogę podjąć wyzwanie, czy może wykracza ono poza moje ramy wyznaczane przez tematy czy estetykę. Zamawiający widzi, w jakim stylu pracuję i razem dochodzimy do ostatecznej wersji. Najczęściej jednak słyszę „Zrób po swojemu”. Na szczęście jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś nie zaakceptował moich realizacji. Tak więc tylko broszki są dla odbiorców, wszystko inne tworzę dla siebie. Tylko po to, żeby sprawdzić, co z tego wyjdzie. Jestem takim trochę szufladowym twórcą – mam już całkiem sporą kolekcję.
Czy po tych eksperymentach materiałowych i „myślowych” inaczej myślisz dziś o tym, czym właściwie jest biżuteria?
Im dłużej pracuję z biżuterią, tym więcej swobody sobie daję. Na początku mojej drogi, która nie była moim świadomym, zdecydowanym wyborem, trafiłam na ludzi, którzy pokazali mi biżuterię jako dziedzinę sztuki, nie tylko designu. Myślę, że dzięki temu mogę ją traktować jako medium równorzędne z rzeźbą czy malarstwem.

