plzh-CNenetdelvltnorues

Choć udział w targach bursztynu w Gdańsku bierze od wielu lat, dopiero w tym roku sięgnęła po bursztyn. Na Amberifie jej kolekcja została sprzedana w całości tuż po otwarciu targów, na Ambermarcie podejmie kolejną próbę zaprezentowania jej publiczności. Co zobaczymy?

Projektantka biżuterii, kojarzona od lat z ceramiką oprawianą w srebro, nagle sięga po bursztyn. Co się stało?

Po  wielu latach wystawiania się na  Amberifie i Ambermarcie postanowiłam zaryzykować i przygotować także kolekcję z  bursztynem. Ale nie jest to moje pierwsze spotkanie z tym kamieniem – używałam go już wcześniej, tyle że w mniej zauważalnych formach. Były to głównie kostki, których potrzebowałam w kompozycji naszyjników czy bransolet ze względu na charakterystyczną kolorystykę. Nigdy się od niego nie odżegnywałam, ale ceramika pochłaniała mnie tak dalece, że nie czułam potrzeby wprowadzania do mojej biżuterii innych elementów. Do czasu. Dwa lata temu pojawiła się pierwsza myśl o bursztynie, podsycana przez znajomych projektantów, którzy już dawno mnie do tego namawiali.

Powstała kolekcja w Twoim stylu, jednak jakby mniej „barokowa”.

W tej nowej kolekcji również „myślę” przede wszystkim kolorem, z tym że obraz nie jest tu już tak wyrazisty, a forma bardziej subtelna. Tego wymagała kompozycja, która teraz musiała ulec zmianie: ta dotychczasowa, bazująca na ceramice i srebrze, po dodaniu bursztynu byłaby po postu zbyt ciężka. Całość optycznie lżejszą czynią też – najpiękniejsze moim zdaniem – przezroczyste bryłki bursztynu. W tej nowej kolekcji jest on swoistym dopełnieniem, kropką nad i – ważnym elementem kolorystycznym i kontrapunktem.

Realizacja tej myśli zajęła Ci jednak trochę czasu – pierwszą kolekcję bursztynową zaprezentowałaś dopiero w tym roku na targach Amberif.

Tak, i tuż po otwarciu targów kolekcja znalazła nabywcę – całość kupił Tomasz Mikołajczyk do swoich galerii. Potem dorobiłam szybko jeszcze kilka naszyjników i one też natychmiast zniknęły. Czyli jest dobrze, podobają się (śmiech). Dlatego na Ambermart przygotowałam trochę więcej wzorów – łączenie światów ceramiki, bursztynu i metalu w jedną całość okazało się na tyle wciągające, że nie mogłam poprzestać na kilku projektach, które początkowo zaplanowałam. Generalnie są one oparte na tym samym pomyśle co wcześniej, ale inspiracje są już nieco inne, wprowadziłam także więcej kolorów: szmaragdowy, błękit, turkus i róż. To jest część mojej kolekcji na jesień i zimę, którą zatytułowałam Królewskie fantazje.

Jak rynek zareagował na tę nową kolekcję? 

Wiem tylko, jak zareagowali ci, co ją kupili – to była szybka reakcja (śmiech). Reszta  potencjalnych klientów nie miała szansy , by ją zobaczyć. Dlatego to Ambermart będzie okazją do sprawdzenia reakcji klientów. Sama jestem ciekawa, zwłaszcza że już na etapie anonsowania tej nowej kolekcji były one różne: jedni deklarowali otwartość na nowe wzory, inni brak zainteresowania bursztynem. Zaskoczył mnie trochę fakt, że kierują się tylko potencjalną reakcją potencjalnego nabywcy i nie chcą zaryzykować. Dla mnie jako projektantki każda nowa kolekcja jest pewnym ryzykiem, ale przecież bez tego nie byłby możliwy rozwój.

Ryzykujesz więc także roszadami na rynku odbiorców.

Ja to widzę bardziej jako dawanie sobie szansy na znalezienie nowych, zwłaszcza że ceramika z bursztynem to tylko jedna kolekcja, a nie odchodzę przecież od mojej dotychczasowej specjalizacji. Obecnie ok. 30 proc. moich prac trafia zagranicę – najlepsi klienci to Węgrzy, a najbardziej wyraziste prace sprzedają się na Litwie, w Australii i Niemczech. W Polsce mam stałych klientów. Od właścicieli galerii, salonów i sklepów wiem, że  coraz więcej jest amatorów bardzo drobnych form. A to mnie mniej cieszy…

W świecie fachowców od biżuterii ceramika = Dorota Gulbierz. Trudno było taką pozycję wypracować?

Przede wszystkim nie jest łatwo pracować na rynku, gdzie biżuteria z ceramiki kojarzy się powszechnie z przywiezionymi z Chin gotowymi kolorowymi kulkami nawleczonymi na rzemień lub amatorskimi „składakami”. Zauważyłam, że zainteresowanie ceramiką w dobie sklepów internetowych zdecydowanie rośnie. Ale mnie nie martwi konkurencja, tylko degradowanie rynku i wizerunku tej biżuterii. Zwłaszcza że poświęciłam jej ponad 20 lat pracy. To technika wymagająca  dużo cierpliwości, wysiłku i nie lubiąca drogi na skróty. Choć kocham ceramikę, to czasem zazdroszczę osobom pracującym w srebrze, bo tam wszystko jest bardziej przewidywalne, możliwe do wykonania w ciągu jednego dnia, od razu widać, co wyjdzie, szlifujesz, wykańczasz i  gotowe. A tu? Nic podobnego! Każdy element ceramiczny wypalam trzykrotnie. Proces powstawania ceramiki jest  wielotygodniowy, ma kilka etapów czasowych i technologicznych i nie da się tego w żaden sposób przyśpieszyć. Nawet po tylu latach pracy i dobrego opanowania warsztatu niespodzianki na koniec nie są wcale rzadkością. Ale to też ma swój urok – te „niechciane” formy czasem są tak fascynujące, że na ich bazie powstają kolejne pomysły.
To dobrze, że jest konkurencja, bo mnie mobilizuje do kreatywności… Chociaż mam wrażenie, że stałe dążenie do perfekcji mam we krwi – już nie potrafię inaczej (śmiech). Wypracowałam własną  estetykę i styl, moja biżuteria jest wypadkową moich zainteresowań i pasji – i to stanowi o jej autentyczności. Jest połączeniem malarstwa, rzeźby i projektowania – stąd m.in. te wyraziste kolory i technika reliefu, w której się wyspecjalizowałam.

Stworzyłaś własny biżuteryjny świat, pełen upadłych kobiet, kolorowych kwiatów, męskich i żeńskich kotów, różnych sentencji… A jeśli jeszcze dołożyć do tego nazwy poszczególnych wzorów, jak np. Alien, Frakcja platynowa, Zielono mi, Pierzaste oko, można odnieść wrażenie, że tworzenie biżuterii to świetna zabawa… 

Taka jest właśnie moja wizja biżuterii: powinna ona być albo zabawna, kreatywna i dowcipna, albo powinna kojarzyć się z klejnotem, elegancją, luksusem. Lubię też opowiadać  historie – to jest dla mnie trochę jak komiks. Przejawem tej epickości są stale rozbudowywane cykle, których bohaterami są kwiaty – to niewyczerpywane źródło form i barw; koty – zaczęło się od zamówienia na męskiego kota, opasłego, siedzącego w fotelu, więc potem musiały być i żeńskie dla równowagi; konie – przyszło indywidualne zamówienie od miłośniczki koni, a potem okazało się, że jest Rok Konia, więc powstała cała kolekcja. Jest też mój ukochany styl retro, nawiązujący do starych fotografii w sepii, jak również prace inspirowane malarstwem Gustava Klimta i sztuką secesji, czy obrazami Henriego de Toulouse-Lautreca – stąd cykl Kobiet upadłych. Chcę w ten sposób pokazać inną naturę biżuterii niż tylko ta funkcjonalna, choć ta oczywiście też jest ważna. Biżuteria w moim przekonaniu ma współtworzyć kobietę, podkreślać jej atrybuty i indywidualny styl. Dziś, nosząc konfekcję z sieciówek, przestaliśmy myśleć o niej w kategorii ważnego dodatku. Powtórzę za Coco Chanel: „Moda przemija, styl pozostaje”. Dlatego zachęcam do traktowania biżuterii jak klejnotu, co ja też starałam się uczynić, tworząc kolekcję Królewskie fantazje, pełną złoconych reliefów i „koronek” ze srebra.

Na Ambermarcie będzie jej druga odsłona – czy tych odsłon planujesz więcej?

Dopiero zaczęłam mój bursztynowy romans i chciałabym, żeby jeszcze trwał i był owocną inspiracją.