Po co nam biżuteria artystyczna? – rozmowa z prof. Sławomirem Fijałkowskim

Biżuteria artystyczna to nie tylko produkt, lecz także komunikat. Choć trafia do wąskiego grona odbiorców, wyznacza kierunki dla całej branży – od rzemiosła po design. Dlaczego warto ją tworzyć i jak wypada Polska na tle światowych wydarzeń?

Wywiady
33735
Prezentacja wystawy „AMBER 2024 > Other Criteria” na Romanian Jewellery Week 2024

Będziemy rozmawiać o biżuterii artystycznej, zwanej również konceptualną. Czy na początku możesz zdefiniować to zjawisko? Wydaje mi się to ważne, bo w Polsce mamy kilka rożnych określeń, które wzajemnie się przenikają.

Biżuteria „artystyczna” i „konceptualna” to trochę dwie różne rzeczy. Ale żeby nie brnąć w „definiowanie definicji” przyjmijmy, że to synonimy i ich akademickie precyzowanie nie ma sensu, bo granice są nieostre i – od pewnego momentu – subiektywne. Dużo ważniejsze wydaje mi się rozróżnienie intencji tworzenia takich przedmiotów / artefaktów (nie tylko biżuterii). Sam jestem projektantem biżuterii, projektującym również biżuterię komercyjną i w tej części mojej zawodowej aktywności nikt nie oczekuje ode mnie realizacji własnych ambicji artystycznych, ale skuteczności potwierdzonej statystykami sprzedaży. Biorąc do ręki ołówek lub siadając do komputera, myślę w kategoriach odbiorcy – jego potrzeb, jego możliwego limitu wydatków, porównuję otoczenie konkurencyjne, staram się zrozumieć motywacje zakupowe konsumentów na poszczególnych rynkach i w poszczególnych grupach docelowych. To klasyczny benchmarking – podstawa wszelkich strategii projektowych w dowolnej dziedzinie wzornictwa. Celem i miernikiem skuteczności są tutaj kryteria biznesowe.

Na tym tle łatwiej jest określić granice tego, co bezkompromisowe, eksperymentalne, wykraczające poza proste kalkulacje sprzedażowe, czyli artystyczne właśnie. Decydujący jest w tym przypadku przekaz, komunikat, koncept, oryginalność. To warunek podstawowy, ale niewystarczający do tego, żeby uruchomić odniesienia związane z kulturą – to nieco szersze określenie niż sztuka i może, z powodów edukacyjnych, również bardziej trafne. Poza intencją poszukiwania autorskiego wyróżnika, niepowtarzalności, treści, nawet prowokacji, znacznie trudniejszym etapem jest poziom wykonawczego mistrzostwa i dopiero te dwa kryteria: komunikat i jakość – estetyczna, narracyjna, technologiczna, rzemieślnicza – pozwalają uruchomić skojarzenia pozamerkantylne, związane z kulturą.

Od razu warto zastrzec, że kategoria tzw. biżuterii artystycznej nie jest czymś z definicji lepszym niż biżuteria komercyjna. To po prostu dwie różne rzeczy, często nieporównywalne – jak sprint i maraton. Stąd właśnie tak ważny jest jakościowy punkt odniesienia – istnieje zarówno słaba i dobrze zaprojektowana biżuteria komercyjna, jak i biżuteria prawdziwie unikatowa i jej pseudoartystyczny substytut.

33735
Prof. Sławomir Fijałkowski ze studentkami ASP w Gdańsku w czasie prezentacji uczelni artystycznych w ramach Munich Jewellery Week 2026

Biżuteria artystyczna to niewielka część rynku biżuterii w ogóle, krąg odbiorców też jest dość mocno ograniczony. Po co – w czasach galopującej komercji – w ogóle tworzyć biżuterię, która ma niewielkie szanse na znalezienie odbiorcy.

Z tych samych powodów, dla których autorzy piszą ambitne książki, kręcą niszowe filmy, tworzą konceptualną sztukę, nagrywają awangardową muzykę. Jest oczywiste, że krąg odbiorców ich twórczości jest znacznie mniejszy niż popkultury i masowej rozrywki, ale tylko miejsca koncentrujące taką aktywność mogą pretendować do roli liderów lub trendsetterów określonych obszarów kultury.
Zbliżone mechanizmy można zresztą zaobserwować w analogii do nauki – zanim nowe leki trafią do aptek, wymagają wieloletnich badań laboratoryjnych i testów na ograniczonej grupie odbiorców. Tak również jest w przemyśle, zanim nowe samochody trafią do salonów sprzedaży ich koncepcyjne modele poddawane są wielokrotnym iteracjom stylistycznym i funkcjonalnym, przechodzą testy zderzeniowe, prototypowe wersje są najpierw prezentowane na targach samochodowych.

Bez odważnego, bezkompromisowego, wizjonerskiego designu nie da się uruchomić procesu, na końcu którego systematycznie poprawia się jakość produktów, usług, idei, także tych komercyjnych (biżuteria nie jest tutaj żadnym wyjątkiem). Szkoda, że nikt w Polsce nie poczuwa się do obowiązku zainwestowania w ten właśnie obszar „badań podstawowych”, laboratorium nowych idei, systematycznych prac wdrożeniowych, ekosystemu instytucji wspierających kreatywność i edukację.

Wyzwanie takie podjął Gdańsk w strategii Gdańsk – Światowa Stolica Bursztynu 2023-2033, a jej kluczowym elementem miał stać się Gdańsk Jewellery Week. Zdaje się, że Ty byłeś jednym z pomysłodawców tego wydarzenia.

Pomysł pojawił się już w 2019 i – ze względu na pandemię – nie mógł być wówczas zrealizowany. W międzyczasie jewellery weeki zaczęły być cyklicznie organizowane w: Mediolanie, Florencji, Rzymie, Wenecji, Budapeszcie, Bukareszcie, Lubljanie, Antwerpii, Brukseli, Barcelonie, Walencji, Lizbonie, Sztokholmie, Atenach, Nowym Jorku, Seulu i niezmiennie od 1959 roku – to najstarsza i najbardziej opiniotwórcza impreza na świecie – w Monachium. W Polsce zdecydowanie najważniejszą imprezą koncentrującą uwagę na biżuterii artystycznej jest – i miejmy nadzieję, że wciąż pozostanie – Legnica.

W ubiegłym roku odbyła się pierwsza edycja Gdańsk Jewellery Week. Odniosłam wrażenie, że przeszła mocno niezauważona. Poczekajmy na kolejną edycję, by zobaczyć progres. Jakie Twoim zdaniem Gdańsk Jewellery Week ma szanse na rozwój?

Nastąpiła chyba lekka inflacja jewellery weeków, więc wartość każdego osobnego wydarzenia maleje. Dlatego każde kolejne musiałoby mieć swoją własną, oryginalną specyfikę. Jest to niewątpliwe wyzwanie dla organizatorów Gdańsk Jewellery Week. W czasie jego pierwszej edycji nie dostrzegłem jakościowych działań, które byłyby adresowane do artystów, projektantów, właścicieli galerii, liderów opinii. Mam nawet niepokojące wrażenie – i nie jest to wyłącznie moja obawa – że impreza zmierza w odwrotnym od założonego w strategii kierunku, którym miało być budowanie świadomości wyjątkowości bursztynu, jak również zachęcanie potencjalnych projektantów, złotników, bursztynników do cierpliwego zdobywania wiedzy koniecznej do jego obróbki podnoszącej wartość produktu. Infantylne pokazy wiercenia bursztynków patykiem i rozdawanie ich za darmo raczej temu nie sprzyjają. Bez jednoznacznego ukierunkowania Gdańsk Jewellery Week stanie się zapewne jeszcze jedną atrakcją dla mieszkańców, randomowych turystów i klientów, którzy i tak odwiedzają jesienny Amberif. Nie przyciągnie jednak świadomych odbiorców, zainteresowanych sztuką złotniczą, którzy specjalnie w tym celu chcieliby przyjechać do Gdańska i docenić wyjątkowość powstającej tu biżuterii.

Nie chciałbym – po pierwszej, mocno improwizowanej edycji – nadmiernie krytykować ani recenzować organizatorów poszczególnych wydarzeń. Wiem, że niełatwo jest takie wydarzenie rozkręcić – wymaga to również czasu, determinacji i cierpliwości w budowaniu zaufania środowisk z całego świata. Uważam – i to chciałbym szczególnie podkreślić – że do aktywnego udziału w takim wydarzeniu można ich zachęcić wyłącznie jakością i przekonaniem, że to impreza organizowana dla nich, że są ważni dla organizatorów, że będą mogli zobaczyć nie tylko unikatowe, niedostępne gdzie indziej wystawy, ale także spotkać się ze sobą nawzajem, nawiązać osobiste relacje, przedyskutować ważne dla nich zagadnienia, wymienić się doświadczeniami. Taki jest właśnie flow w Monachium i to właśnie dlatego przyjeżdża tam cały świat.

Będę więc cierpliwie obserwować kolejne wysiłki, mając nadzieję, że gdański festiwal zacznie się rozwijać w kierunku profesjonalnego i prawdziwie „światowego” wydarzenia, z którego satysfakcję będą mieli również twórcy i odbiorcy biżuterii artystycznej w skali ponadlokalnej. Trzymam kciuki i zachęcam organizatorów, koordynatorów, a zwłaszcza sponsorów, do merytorycznej i jak najszerszej dyskusji nad treścią programową tak kosztownej imprezy, która mogłaby stanowić impuls do rozwoju sztuki złotniczej, kultury materialnej i przemysłów kreatywnych w Gdańsku w perspektywie wieloletniej, a nie tylko była pretekstem do dyskontowania dorobku wybranych twórców, który powstał dużo wcześniej i nie był im do tego potrzebny jewellery week.

Skoro rośnie liczba imprez dedykowanych biżuterii artystycznej, to znaczy, że zainteresowanie tym tematem i potrzeba organizowania spotkań dla jej twórców są niezmiennie duże. Z czego ono Twoim zdaniem wynika?

Ilość raczej rzadko przechodzi w jakość. Rzeczywiście rośnie liczba imprez dedykowanych biżuterii artystycznej, ale tylko niewiele z nich zbudowało sobie renomę wykraczającą poza lokalne znaczenie. Prawdziwie globalnym eventem niezmiennie pozostaje Monachium – impreza tworzona oddolnie przez samych twórców. Organizatorzy bardzo mądrze wspierają wszystkie aktywności, samemu pozostając dyskretnie na drugim tle, co niezmiennie pozwala uczestnikom identyfikować się z wydarzeniem jako ich własnym. To najlepszy przepis na sukces – takiej energii i trwałego zaufania nie wytworzą ani urzędnicy, ani politycy wydający polecenia z feudalnym przekonaniem o własnej nieomylności.

Które jewellery weeki uchodzą za najważniejsze i dlaczego? Jak na ich tle wypada nasza rodzima Legnica?

Festiwal SREBRO w Legnicy zachowuje swoje znaczenie – choć nie jest to sprawa dana raz na zawsze i wymaga corocznych aktualizacji. Jest to impreza dużo mniejsza niż monachijski pierwowzór, mająca jednak swoje niezaprzeczalne zalety integracyjne. Wszystkie wydarzenia skoncentrowane są w obrębie niewielkiego rynku, ułatwiając spotkania, rozmowy i dyskusje – co niezmiennie podkreślają uczestnicy z całego świata, którzy kiedykolwiek odwiedzili Legnicę. Sama impreza utrzymuje radykalny / artystyczny / konceptualny przekaz, a główna wystawa posiada precyzyjnie sformułowany temat dotyczący ważnych odniesień socjo-kulturowych, dzięki czemu wyraźnie odróżnia się od podobnych przeglądów awangardowego złotnictwa.

Inną strategię przyjęły włoskie „jewellery weeki” – szczególnie największy z nich, mediolański. To właściwie bardziej targi niż wystawy. Warunkiem uczestnictwa w nich jest wniesienie wysokiej opłaty, co – moim zdaniem – tworzy zafałszowany ranking uczestników wg zasady: „zapłaciłeś = jesteś na liście”. Dużą rolę w rekrutacji uczestników odgrywa także agresywny marketing oraz swoista magia miejsca – chociaż niewiele ma to wspólnego ze sztuką czy wiodącym wzornictwem, warto jednak raz w życiu odwiedzić Mediolan. Jeszcze bardziej spektakularną oprawę ma Jewellery Week w Rzymie. Ostatnia edycja prezentowana była w Koloseum, w otoczeniu płonących pochodni w prawdziwie instagramowej aranżacji. To cecha charakterystyczna wszystkich włoskich imprez – dużo w nich powierzchownego efekciarstwa, za które uczestnicy muszą niemało zapłacić, jednak zawartość merytoryczna i jakościowa nie wytrzymuje porównań z wiodącymi imprezami.

Na tym tle bardzo ciekawie rozwija się Romanian Jewelry Week w Bukareszcie. W ubiegłym roku miałem zaszczyt być wystawcą, w obecnym otrzymałem zaproszenie do udziału w jury. Koncepcja tej imprezy, organizowanej już po raz siódmy na początku października, to „wystawa wystaw”. Jeśli ktoś przegapił którąkolwiek z ważnych wystaw w trakcie roku, może nadrobić zaległości w Bukareszcie, które stało się podsumowaniem wszystkich najważniejszych imprez zorganizowanych w danym roku w całej Europie. Nie brakuje na niej także polskich akcentów – dotychczas były to m.in. wystawa kuratorska „Unnecessary Jewellery”, wystawa bursztynowej biżuterii „Other Criteria” zorganizowana przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Bursztynników, jak również prezentacja nagrodzonych prac z Legnickiego Festiwalu SREBRO. Sukces rumuńskiej imprezy był możliwy dzięki nadzwyczajnemu zaangażowaniu jej organizatorów – Davida Sandu i Andrei Popescu, którzy są wszędzie i aktywnie zabiegają o każdego twórcę biżuterii, pozostawiając ich z przekonaniem, że wydarzenie jest organizowane w interesie jego uczestników i to oni są w centrum zainteresowania.

33737 mtg
Wystawa SCHMUCK 2025 na Gdańsk Jewellery Week 2025. Fot. MTG SA

Jak widzisz najbliższą przyszłość biżuterii artystycznej?

Zapewne najbliższy czas zweryfikuje ranking poszczególnych imprez. Podobnie swego czasu stało się z festiwalami typu design week, które odbywały się w co drugim mieście. Po pierwszej fali ich popularności swoją wiodącą, europejską rolę potwierdziły zaledwie dwa – w Mediolanie i w holenderskim Eindhoven. W Polsce również pojawił się zauważalny regres – festiwal designu w Łodzi zawiesił swoją działalność, druga z najważniejszych imprez promujących wzornictwo, Gdynia Design Days, jest w trakcie zmian programowych, które, miejmy nadzieję, pozwolą odzyskać imprezie inspirującą rolę.

Myślę, że w kolejnych latach podobnie uporządkuje się scena biżuterii artystycznej oraz dedykowanych jej festiwali. Pozostaję z nadzieją, że wśród nich nie zabraknie legnickiej imprezy i że zachowa ona swój bezkompromisowy charakter oraz moc przyciągania ludzi z całego świata. Najbliższa okazja już w maju i zdecydowanie warto tam przyjechać, gdyż pokonkursowa wystawa EVERY BODY będzie jedną z ciekawszych prezentacji na przestrzeni ostatnich lat.


Sławomir Fijałkowski – absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi –Wzornictwo, studia uzupełniające w Hochschule für Künstlerische und Industrielle Gestaltung w Linz (Austria) – Produktgestaltung Metall. Stypendysta Ministerstwa Kultury i Sztuki, Fundacji Batorego, wiedeńskiej fundacji Kultur-Kontakt, Austriackiego Ministerstwa Nauki. Jako dydaktyk współpracował z ASP w Łodzi, ASP w Gdańsku, Politechniką Koszalińską, Fachhochschule für Gestaltung w Moguncji oraz z Hong Kong Design Institute. Obecnie prowadzi pracownię Designu Eksperymentalnego na Wydziale Architektury i Wzornictwa ASP w Gdańsku. Zajmuje się projektowaniem produktu i biżuterii we współpracy z renomowanymi producentami. Kolekcje jego autorstwa były prezentowane podczas wiodących targów jubilerskich na świecie, między innymi w Bazylei, Vincenzy, Monachium, Dubaju, Paryżu, Las Vegas, Hongkongu, Pekinie.

Przeczytaj także: