plzh-CNenetdelvltnorues
W tym roku obchodzimy szereg okrągłych bursztynowych rocznic. Jedną z nich i z całą pewnością jedną z największych jest 30. rocznica założenia firmy Art Silver Krause. Jej właściciel, Leszek Krause, jest w wykształcenia inżynierem. Zdobywał kolejno dyplomy czeladnika w zawodzie bursztynnika i złotnika, a w 1987 roku dyplom mistrzowski w rzemiośle złotnictwo. W 1988 Minister Kultury i Sztuki nadał mu tytuł Mistrza Rzemiosła Artystycznego. Jego firma przez lata rozrastała się, przygotowując do zawodu kilkudziesięciu pracowników i uczniów, z których dziś wielu prowadzi własne firmy. W latach 80. brał udział w Jarmarku Dominikańskim, kilkukrotnie zdobywając pierwsze miejsce za najciekawsze wyroby rzemiosła artystycznego. Wielokrotnie pokazywał swoje wyroby na licznych wystawach krajowych i zagranicznych, zdobywając nagrody i wyróżnienia. W 1986 roku wykonał bursztynowe płyty, które były główną nagrodą festiwalu piosenki w Sopocie. Jest członkiem oraz rzeczoznawcą surowca i wyrobów bursztynowych Międzynarodowego Stowarzyszenia Bursztynników. Dziś prowadzi firmę średniej wielkości.

Trzydzieści lat to szmat czasu, na pewno się wiele wydarzyło przez te lata, o czym można by prawdopodobnie napisać książkę. Proszę powiedzieć o początkach, o tym jak się zaczęła pańska przygoda z bursztynem i skąd takie zainteresowania?

Leszek Krause: Urodziłem się w Helu, więc od najmłodszych lat miałem kontakt z morzem i z bursztynem, który można było znaleźć po sztormach na plażach Bałtyku. Tam przeżyłem wspaniałe dzieciństwo w otoczeniu przepięknej i dzikiej jeszcze wtedy przyrody, która zawsze mnie fascynowała. Od najmłodszych lat interesowałem się fotografią i marzyłem o leśnictwie, jednak warunki nie pozwoliły na rozwijanie zainteresowań. Ukończyłem technikum elektryczne, a później Wydział Elektryczny na Politechnice Gdańskiej. Pracowałem w biurze projektowym, ale okazało się, że ten kierunek w ogóle mnie nie pasjonuje, że mam całkowicie inne marzenia i cele. Postanowiłem zaryzykować i zupełnie zmienić pracę. Miałem wtedy kilku kolegów, którzy pracowali z palnikiem w ręku i pokazali mi podstawy. Spodobało mi się i tak rozpocząłem jubilerską edukację.

A jak zdobył pan niezbędną wiedzę, kwalifikacje? Nie był to częsty przypadek, by osoba z wyższym wykształceniem zaczynała interesować się przedmiotami zawodowymi?

W tamtych czasach nie można było pracować w srebrze bez tytułu czeladnika, ja mogłem skorzystać z dyspensy, ale po roku musiałem zdać egzamin czeladniczy w Izbie Rzemieślniczej w Gdańsku. Od samego początku praca z bursztynem i w srebrze bardzo mnie pasjonowała. Wiedziałem, że trafiłem na coś, co sprawia mi dużą satysfakcję, a jednocześnie daje możliwość utrzymania rodziny.

Działalność rozpoczął pan w 1978 roku. Państwo w tamtych czasach niezbyt przychylnie traktowało prywatną inicjatywę. Niektórzy mówią, że wtedy sprzedawało się dosłownie wszystko, a dziś trzeba się naprawdę starać i szukać zbytu. Jak wtedy wyglądało prowadzenie działalności?

Nie, nie zgodzę się, że było tak łatwo. Przede wszystkim wtedy należało zdobyć uprawnienia zawodowe zarówno do samodzielnej pracy, jak i zatrudniania pracowników. Trzeba było należeć do cechu, ilość srebra była limitowana. To już było bardzo duże ograniczenie jeśli chodzi o produkcję czy raczej wytwarzanie, gdyż w tamtych czasach nie można było mówić o masowej produkcji, tylko o wykonywaniu wszystkiego ręcznie. Nie było ani odlewni zmechanizowanych, ani innych współczesnych udogodnień, a mając tak mały przydział srebra trzeba było nauczyć się wykorzystywać ten surowiec do maksimum. Zaopatrzenie w bursztyn również nie było łatwe. Pozyskiwało się go wtedy od zbieraczy, przez jakiś czas pozwolono na anonimowe skupy bursztynu. Mocno utrudniony dostęp do surowca siłą rzeczy ograniczał rozmach prowadzonej działalności. W owym czasie każdy starał się wydobyć z bursztynu jego naturalne piękno, nie używano wówczas autoklawów do klarowania i kolorowania kamieni. Pod koniec lat 80. osoby, które posiadały tytuł Mistrza Rzemiosła Artystycznego, czasami dostawały jednorazowe pozwolenie na bezpośredni zakup srebra, nawet do kilku kilogramów. Natomiast na początku lat 90. sytuacja zmieniła się diametralnie.

Co – oprócz wyraźnej poprawy warunków prowadzenia działalności – zmieniło z nadejściem lat 90.?

Właściciel zakładu nie musiał już mieć uprawnień, wystarczyło, że zatrudnił pracownika z tytułem czeladnika czy mistrza. Później i ten wymóg został zniesiony, każdy mógł rozpocząć działalność. Zaopatrzenie w srebro przestało być problemem, można już było kupić każdą jego ilość. Podobnie stało się z bursztynem, na rynku pojawiły się firmy oferujące surowiec rosyjski i ukraiński. Powiedziałbym, że w tej branży nigdy nie było łatwo, a czas po ‘89 roku po prostu rządzi się innymi prawami.

Jak widzi pan rozwój branży po 30 latach działalności? Jest na pewno szereg szans i zagrożeń, jak choćby walka cenowa z firmami z Azji. Zresztą, by niedaleko szukać, to polskie firmy też przede wszystkim walczą na ceny, a nie na jakość i różnorodność, choć pewne zmiany i w tym widać.

Jeśli chodzi o szanse, to od pewnego czasu widać, że władze Gdańska zaczęły postrzegać bursztyn jako markę i produkt regionu. Podejście rządzących wyraźnie się zmienia. Przyszłość widzę w promocji bursztynu oraz własnym wydobyciu. Sądzę, że branża będzie się dalej rozwijała. Zagrożeniem oczywiście są rynki wschodnie, czyli tania siła robocza. Widać też przejście w dużej mierze do produkcji masowej. Coraz więcej firm dysponuje najnowocześniejszymi maszynami z olbrzymimi mocami produkcyjnymi, więc rynek jest zalewany taką biżuterią. Kiedyś większość biżuterii była wykonywana ręcznie, dziś są to masowe i dość podobne wyroby. Pamiętam jak w latach 80. brałem udział w Jarmarku Dominikańskim. Wtedy każdy z wystawiających się producentów stawiał sobie za punkt honoru, by pokazać, że wytwarza coś zupełnie własnego i ma swoje indywidualne wzornictwo. Wyroby bardzo różniły się między sobą i można było wręcz rozpoznać po nich pracownię. Dziś większość klientów bazuje na drobnej biżuterii, właśnie na powtarzalnej i podobnej do siebie masówce.
Kiedyś każdy rzemieślnik musiał sam projektować i konstruować maszyny, podobnie było z pastami do polerowania czy zacierania bursztynu, które niejednokrotnie były tajemnicą zakładu. W latach 90. powstały firmy wyspecjalizowane w produkcji urządzeń, półfabrykatów i materiałów do produkcji, co jest korzystnym zjawiskiem i bardzo ułatwiło produkcję rodzimym zakładom.
Zagrożenia dla bursztynnictwa pojawiły się dość wcześnie. Jednym z nich było sprzedawanie dużych ilości bursztynowych kaboszonów firmom zagranicznym, które oprawiały je na przykład w Meksyku. Forma i jakość nie była najlepsza, ale oprawy te były znacznie tańsze. Właśnie wyroby o gorszej jakości wzornictwa powodowały, że bursztyn na rynkach ulegał deprecjacji.

Najlepszą formą sprostania konkurencji jest ucieczka do przodu. Polskie wzornictwo jest inne niż litewskie i rosyjskie. Mamy nie tylko tradycję, ale też pewien inny sposób myślenia o tej skamieniałej żywicy.

Tak, wzornictwem zawsze konkurowaliśmy. Kiedyś, gdy przedmioty wykonywane były ręcznie, było to znacznie bardziej zauważalne. Jednak w masówce i drobnych rzeczach niewiele można wymyślić. Jeśli mamy konkurować, to tylko w sektorze biżuterii zdobionej bursztynem, bo innych kamieni na światowym rynku jest bez liku i nie sądzę, byśmy mogli być bardziej atrakcyjni niż na przykład producenci z Chin czy Tajlandii. Pozostaje nam więc bursztyn, w którym cały czas możemy być silni – przecież mówi się nawet o szkole gdańskiej. Ciekawostką jest, że dawniej część zachodnich klientów za bardziej wartościowe uważała nie rzeczy o gładkich, wypolerowanych powierzchniach, czyli technicznie trudniejsze, ale te secesyjnie zdobione, gdzie można ukryć każdą niedoróbkę. Ale oczywiście ilu jest klientów, tyle jest opinii.

Przeszedł pan cały etap edukacji branżowej aż do dyplomów mistrzowskich. W ostatnich latach powstały klasy jubilerskie w Gdyni, w zeszłym roku klasa w Gdańsku. Jak mistrz złotnictwa i bursztynnictwa widzi powrót edukacji zawodowej po latach zaniechania i zaniedbań?


Na pewno jest to dobry kierunek. Nie powinno być w przyszłości żadnych utrudnień w dostępie do zawodu tak, jak to było kiedyś. Młodzi, którzy rozpoczynają działalność w tej branży, powinni być wyedukowani i mieć wiedzę zawodową. Nawet właściciel firmy, który jest tylko inwestorem, powinien znać się na rzemiośle. Wszystkim adeptom sztuki złotniczej życzę wytrwałości, satysfakcji z wyboru oraz samych sukcesów.

Fot. Art Silver Krause